Barokowy splendor i straussowska ironia w Filharmonii Sudeckiej – Recenzja: „Mieszczanin szlachcicem”
Piątkowy wieczór w Wałbrzychu przeniósł publiczność wprost na dwór Ludwika XIV, a potem – zgrabnym skokiem przez dwa i pół wieku – w świat ironicznej elegancji Richarda Straussa. „Mieszczanin szlachcicem” w wersji koncertowej to nie tylko muzyczna podróż, ale i lekcja historii smaku: od francuskiego baroku po neobarok Straussowski, od tureckiej ceremonii po wiedeńską suitę. Wszystko pod batutą Katarzyny Tomali-Jedynak, która z precyzją i humorem prowadziła Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Sudeckiej przez labirynt molierowskich intryg.
Część I: Lully – Suita i Ceremonia Turecka
Już od pierwszych taktów Suity Jeana-Baptiste’a Lully’ego sala wypełniła się zapachem dworskich perfum i dźwiękiem minuetów. Orkiestra grała z lekkim, francuskim wdziękiem – smyczki były przejrzyste, dęte błyszczały, a narracja Adama Janika (mufti i recytator) dodawała komediowego smaczku. Kulminacją części stała się Ceremonia Turecka, w której zabrzmiał autentyczny instrument półksiężyca tureckiego (jingling johnny). Jego metaliczne, hipnotyczne brzmienie – raz delikatne jak deszcz na blachę, raz donośne jak sułtański rozkaz – nadało scenie orientalnego kolorytu. Chór Mieszany Filharmonii Sudeckiej (przygotowany przez Martę Monetę-Napierałę) wniósł powagę i komizm zarazem, idealnie oddając absurdalny splendor „tureckiego” wesela.
Część II: Strauss – Suita op. 60
Po przerwie Strauss. I tu zaczęło się prawdziwe święto. Jego Suita Mieszczanin szlachcicem op. 60 to arcydzieło neobarokowej ironii – muzyka, która udaje, że jest stara, ale mruga okiem do współczesności. Orkiestra pod dyrekcją Tomali-Jedynak grała z rozmachem, ale i z subtelnością.
A potem – Dorota Graca Kosek. Koncertmistrzyni weszła w solowe fragmenty jak markiza na bal: z gracją, pewnością i blaskiem. Jej skrzypce w Menuetcie i Entrée były nie tylko technicznie perfekcyjne, ale i pełne emocji – od figlarnego flirtu po melancholijną zadumę. Publiczność wstrzymywała oddech.
Równie fenomenalnie zabrzmiała partia wiolonczelowa Wojciecha Kud. Jego dźwięk – ciepły, głęboki, z aksamitnym vibrato – w Lullym i Finałowym menuetcie Straussowskim tworzył kontrapunkt dla skrzypiec liderki. To był dialog dwóch wielkich osobowości: Kosek – światło i lekkość, Kud – głębia i refleksja. Razem – absolutna chemia.
Niedosyt? Tak, ale szlachetny
Po 105 minutach (z przerwą) sala wstała. Brawa były długie, szczere, zasłużone. A jednak… pozostał niedosyt. Chciałoby się więcej tej tureckiej magii – więcej półksiężyca, więcej orientu, więcej Lully’ego w wersji „na żywo”. Straussowska suita, choć genialna, przyćmiła nieco barokowy pierwowzór. Może następnym razem – pełna wersja z aktorami? Albo turecka ceremonia w rozszerzonej obsadzie?
Podsumowanie
Katarzyna Tomala-Jedynak pokazała klasę dyrygencką na poziomie europejskim. Orkiestra i chór – w doskonałej formie. Adam Janik – aktorsko i wokalnie bezbłędny. A Dorota Graca Kosek i Wojciech Kud? To był wieczór, w którym solist(k)i nie tylko grali – oni opowiadali historię.
Jeśli miałbym oceniać koncert w skali od 0 do 10, to z pewnością dałbym 9,5/10 Za barokowy splendor, straussowską ironię i dwa solowe popisy, które zapadną w pamięć na długo. Minus pół punktu – za zbyt krótki orient.
Paweł Szpur
Źródła zdjęć – Filharmonia Sudecka

Link do fotorelacji – https://www.facebook.com/photo/?fbid=1442888531180303&set=pcb.1442889434513546
Share this content:



Opublikuj komentarz